Andrew Likoudis jest katolickim mówcą, specjalizującym się w eklezjologii, ekumenizmie oraz w debatach dotyczących autorytetu Kościoła i jego reformy. Jest założycielem i prezesem Fundacji Dziedzictwa Likoudisa. Posiada tytuł A.A. z administracji biznesowej z Community College of Baltimore County, licencjat Towson University z komunikacji społecznej oraz tytuł magistra studiów katolickich z Franciscan University of Steubenville. Jest redaktorem książki Faith in Crisis: Critical Dialogues in Catholic Traditionalism, Church Authority, and Reform, z przedmową Rocco Buttiglione oraz rozdziałem autorstwa kard. Roberta Saraha i ponad 30 katolickich uczonych. Publikuje m.in. w "National Catholic Register", "Catholic Review", "Where Peter Is".
Szczerze mówiąc, św. Maksymiliana Kolbego jako mojego patrona z bierzmowania wybrałem przez przypadek. Kiedy miałem ok. 13 lat, byłem zagorzałym fanem animowanego serialu Yu-Gi-Oh!, którego bohaterem był bogaty, siwowłosy złoczyńca, Maximillion Pegasus. Podobało mi się to imię - i tyle. Ale Pan Bóg ma poczucie humoru i traktuje nas poważnie, nawet jeśli my sami siebie nie traktujemy poważnie.
Bierzmowanie nie było dla mnie jakimś sakramentalnym przeżyciem, ale raczej odejściem od wiary mojego dzieciństwa. Przystąpiłem do bierzmowania głównie ze względu na to, by udobruchać rodziców. Wkrótce po bierzmowaniu całkowicie porzuciłem wiarę. Między 13 a 18 rokiem życia przeszedłem przez panteizm, New Age i wkroczyłem w okres wojującego ateizmu. Nie tyle walczyłem z Bogiem, co byłem przekonany, że On nie istnieje, a chrześcijaństwo jest zwyczajnym narzędziem politycznej i społecznej kontroli.
W tym wszystkim jednak jako nastolatka dopadała mnie depresja, przeżywałem egzystencjalne lęki oraz miałem poczucie autentycznego braku tożsamości i celu. Byłem przesiąknięty relatywizmem kultury postmodernistycznej i czułem, że powoli się duszę. Nagromadzony ciężar życia nieuporządkowanego i odciętego od tego, do czego zostało stworzone, w końcu mnie dopadł. W wieku 18 lat moje życie w Nowym Jorku legło w gruzach. Mieszkałem z dziadkami przez kilka lat, aby ukończyć liceum po tym, jak moi rodzice wyprowadzili się z tego stanu, i w ciągu tygodnia zepsuł mi się samochód, straciłem pracę dostawcy pizzy i powiedziano mi, że nadszedł czas, aby kupić własne mieszkanie. Bez oszczędności, bez pracy, bez perspektyw i bez czasu, spakowałem walizki i zarezerwowałem autobus Greyhound do Baltimore, żyłem z jałmużny rodziny i przyjaciół, aż ich cierpliwość się wyczerpała.
Po około roku spędzonym w Baltimore - zaraz po przeprowadzce do nowego mieszkania, w najgorszym momencie mojego psychicznego i emocjonalnego samopoczucia - wyszedłem przed świtem pobiegać po okolicy, której prawie nie znałem, słuchając w kółko trzech piosenek na wgranym odtwarzaczu mp3.
Gdy przebiegłem kilka przecznic miasta, zaczął padać ulewny deszcz. Schowałem się pod okapem pobliskiej małej kapliczki, instynktownie spróbowałem otworzyć drzwi i okazało się, że są otwarte. Bóg, jak się okazuje, nie zamyka drzwi przed tymi, którzy odeszli. Skromna i całkiem nowoczesna kapliczka: kilka witraży, nic nadzwyczajnego. Siedziałem tam przed cały czas, gdy padał deszcz, aż przestał, ale pokój, który poczułem w tych kilku chwilach, był czymś, czego nigdy wcześniej nie czułem i nie potrafiłem wytłumaczyć. Prawie zapomniałem, że Jezus mieszka tam, w tabernakulum. Wróciłem później i odkryłem parafię św. Kazimierza z kaplicą św. Józefa z Kupertynu, prowadzoną przez franciszkanów konwentualnych. Dzięki łasce Bożej i Jego cierpliwości odbyłem pierwszą prawdziwą spowiedź od pięciu lat.
Przez lata moimi kierownikami duchowymi byli franciszkanie, choć żaden z nich nie pochodził z tej parafii ani nie został oddelegowany przez zakon. Każdy z nich ostatecznie podarował mi relikwię franciszkańskiego świętego: jeden - św. Józefa z Kupertynu, a drugi - św. Ojca Pio - tę relikwię później - za radą kierownika duchowego - przekazałem komuś w kryzysie, kto potrzebował towarzyszenia Świętego bardziej niż ja [...].
Cały artykuł przeczytasz w papierowym wydaniu RYCERZ MŁODYCH - 5(115)2026 | Kaplica w deszczu, s. 17




