Pomiń ten link jeśli nie chcesz trafić na czarną listę!
RYCERZ MŁODYCH
RYCERZ MŁODYCH
Dwumiesięcznik dla młodych ciałem i duchem

Posiadasz siebie, kiedy dajesz siebie

Beata i Marcin Mądrzy   

rm-084-19.jpg
rm-084-19.jpg

MARCIN

Tuż przed ukończeniem 18. roku życia wracałem pociągiem z rekolekcji powołaniowych. Tam nie usłyszałem głosu św. Franciszka, tylko wyraźne wewnętrzne przekonanie, że dla mnie jest małżeństwo. Na jednej ze stacji w drodze do Piotrkowa Trybunalskiego wysiadała dziewczyna, która wręczyła mi karteczkę: Jak chcesz się spotkać, to zadzwoń. I zapisany numer telefonu stacjonarnego (to była młodość bez Internetu i bez komórek). Zaczęliśmy się spotykać i spontaniczne zaprosiłem ją na moją "osiemnastkę". Impreza miała odbyć się w domu, wśród przyjaciół z oazy, znajomych i kuzynów. Jednak tydzień wcześniej owa koleżanka z pociągu zapytała mnie, czy zamiast niej może przyjść na moje urodziny jej przyjaciółka z ławki, z którą już wcześniej zapoznała mnie na szkolnej dyskotece. Zgodziłem się, i tak Beata wkroczyła w moje życie. Na urodzinowej zabawie ta dziewczyna o długich, kręconych włosach i pięknym uśmiechu uczyła mnie walca. Tańczymy do dzisiaj: i w zawodzie, i w życiu...

BEATA

Byłam żywiołową 17-latką, pełną pasji, planów, i miałam marzenia... Wierzyłam, że gdzieś istnieją takie domy: pełne dziecięcego śmiechu, czasu na zabawę, gry planszowe, czytanie na głos. Wiedziałam, że mogę stworzyć taki dom, jak w filmie Domek na prerii czy Siódme niebo, bo głęboko wierzyłam w potęgę miłości i prostoty. Wówczas byłam fanką zespołu "The Kelly Family": chciałam dołączyć do ich 9-osobowej rodziny i poczuć się bezpiecznie. W tym czasie zaczęłam kojarzyć wielodzietność ze szczęściem.

Na pierwszą randkę Marcin zaprosił mnie do kina, gdzie wyszeptał swoje największe pragnienie: "Wiesz, mi to się marzy dom, taki pełen miłości, spokoju, i siedmioro dzieci". Ja w sercu wykrzyknęłam: Panie Boże, to jest ten! I już miałam plan, jak go sobą zachwycić. To nie było skromne czekanie to był konkretny plan.

1. Przepisałam się ze swojej Wspólnoty Młodzieży Franciszkańskiej w Piotrkowie Trybunalskim do Ruchu Światło-Życie przy parafii Marcina. Tak mogłam być w jego grupie i dwa razy w tygodniu widzieć go na Mszach świętych.

2. Zapraszałam Marcina z jego grupą znajomych na koncerty muzyki kameralnej, na konkursy recytatorskie.

3. Odwiedzałam Marcina w jego technikum niespodziewanie, by poobserwować go z daleka. Zanosiłam mu kanapki podczas jego praktyk.

4. Zaprzyjaźniłam się z jego mamą Danusią i urzekałam tatę Jacka: zainteresowaniem ich życiem, problemami, pomocą.

Po miesiącu znajomości byłam gotowa za niego wyjść i uciec na koniec świata. W każdą środę wręczałam Marcinowi list z wierszem, który wyszukiwałam w poezji miłosnej klasycznej. On do pierwszego tekstu napisał melodię i śpiewał mi tę piosenkę, grając na gitarze każdego 19. dnia miesiąca, kiedy wyznał mi, że chyba się we mnie zakochał.

Nasze randki to kilkugodzinne spacery. Nasze randki to rekolekcje oazowe, spotkania w Lednicy i w Taizé.

Programem pracy nad sobą i formowaniem naszych sumień zajęła się Daria Skawińska. Była darem Bożym na czas naszej młodości. Poważne podejście do powołania małżeńskiego zrodziło się również pod wpływem ojcostwa ks. Zenona Miksy naszego moderatora oazy, oraz naszego stałego spowiednika, ks. Marka Bąka, którego słowo upomnienia i bardzo radykalne granice w kontaktach między narzeczonymi pomogły żyć w czystości. To ks. Marek zapraszał nas na niedzielne pogadanki i opowiadał o Rodzinach Nazaretańskich, o ideałach świętości dla męża i żony, wreszcie pomógł podjąć decyzję o ślubie przed rozpoczęciem studiów, by nie narażać cnoty, która już przeszła swoje próby. Mądry doradca ojciec duchowy i nasz przewodnik w wierze był kolejnym darem Bożym w rozeznaniu.

Po dwóch latach "chodzenia" (w tym po roku korespondencji, kiedy ja studiowałam w Krakowie, a Marcin kończył technikum) przyszedł czas na decyzję. Podjęliśmy ją wspólnie, że pobieramy się na dwa tygodnie przed rozpoczęciem studiów dziennych Marcina, że zamieszkamy razem, z Bożym błogosławieństwem.

W miesiąc zarobiliśmy na obrączki, kamerzystę, fotografa, kwiaty. Po początkowym sprzeciwie moich rodziców i niedowierzaniu przyszłych teściów, pojechaliśmy na rekolekcje z intencją zmiękczenia serca dla rodziców i dar zaufania. Po powrocie dostałam suknię od taty, a wizytę u fryzjera od mamy. Marcin miał wsparcie od swoich rodziców. Wesele było dla nas za drogie i niepotrzebne, ale odbyło się jako prezent od rodziców. Najciekawsza była sytuacja, że jedyny wolny termin w owej restauracji był właśnie w dniu naszego ślubu, a pytaliśmy miesiąc przed.

Piękno, piękno i jeszcze raz piękno to dzień naszego sakramentalnego fiat. Sześciu bliskich nam kapłanów celebrowało Eucharystię i to było cudowne święto!

W białym welonie na głowie czułam się jak księżniczka o tak czystym sercu jak święta... O, tak czułam, że zaraz będę w niebie, bo ten Sakrament wydawał mi się zwycięstwem, nagrodą. Nie mogłam się doczekać chwili, kiedy będziemy witać dzień, recytując Jutrznię, a kończyć Kompletą, kiedy będziemy żyć skromnie, ale razem, w największym szczęściu, służąc sobie wzajemnie.

Moje serce przepełniał pokój i nie miałam ani krzty wątpliwości. Dzisiaj chciałabym przeżyć to jeszcze raz, ponieważ po 18 latach niesienia Sakramentu Małżeństwa nie zmieniłabym nic w naszej decyzji. Nic ani nikt później nie zapisał się we mnie tak wielkim, głębokim i pełnym przeżyciem, jak dzień naszego Ślubu.

Jestem przekonana, że dziewictwo ciała i czystość serca, które sobie ofiarowaliśmy, było najbogatszym prezentem. Być dla kogoś pierwszą i jedyną do dziś budzi we mnie zawstydzenie, dreszcz, westchnienie i wdzięczność. Natomiast wspomnienia przebijają najpiękniejsze powieści o miłości, które czytałam za młodu. Warto było czekać!