RYCERZ MŁODYCH
  • Slider 2
Dwumiesięcznik dla młodych ciałem i duchem

Bezrefleksyjne stulecie 1918-2018

Marcin Kula   

Ciesz się, późny wnuku!
Ideał - sięgnął bruku.

Cyprian Kamil Norwid,
Fortepian Chopina

Te dwa wersy skreślone ręką romantycznego wieszcza na pierwszy rzut oka zdają się nie mieć nic wspólnego z przypadającą niedługo setną rocznicą powstania II Rzeczypospolitej.

Odurzeni radością

W mediach głównego nurtu wydarzenie to jest oceniane niezwykle jednostronnie, podobnie zresztą jak w polskiej historiografii. Rynek jest zalewany różnego rodzaju "gadżetami" mającymi upamiętnić tamte czasy. Nawet kiedy piszę te słowa, przed oczyma mam magnes na lodówkę, z którego spogląda na mnie srogie oblicze marszałka Piłsudskiego. Polaków zachęca się do ślepej radości, nie próbując jej nawet uzasadniać, gdyż zdaniem wielu rok 1918 ma jednoznacznie pozytywne konotacje. Przecież, jak to się wpaja uczniom w każdym wieku, wtedy to właśnie nasza Ojczyzna po 123 latach niewoli odzyskała niepodległość! Jednak czy jako katolicy świadomi, że prawa Boże zawsze winny stać ponad prawami ziemskimi, oraz "późni wnukowie" pokolenia sprzed ponad wieku, nie powinniśmy zdobyć się na większą dawkę krytycyzmu i przyznać, że 11 listopada chrześcijańskie ideały faktycznie sięgnęły bruku? Albowiem można przecież w łatwy sposób prześledzić ten proces, wchodząc tylko odrobinę głębiej w polską historię.

Ocalona od potopu

Nad naszą Ojczyzną nie raz zbierały się czarne chmury. Najdobitniejszy tego przykład stanowią czasy potopu szwedzkiego, kiedy to Rzeczpospolita stanęła przed faktycznym widmem rozbiorów, w których udział miałyby wziąć m.in. Szwecja, Siedmiogród, Brandenburgia i Kozacy pod wodzą Bohdana Chmielnickiego.

W 1655 r. już po kilku miesiącach siły Królestwa były w rozsypce, zaś polskie ziemie pod okupacją obcych wojsk. A jednak Bogu spodobało się przyjść na pomoc naszym przodkom, widząc najwyraźniej, że pomimo wszystkich ich wad wielu z nich (obrońcy Jasnej Góry, konfederaci tyszowieccy) jest w stanie gorliwie wyznawać, "że nie ma innego Boga, który by mógł zapewnić ratunek, jak Ten" (Dn 3,96b).

Ich niezłomna postawa zachęciła króla Jana Kazimierza do powrotu ze Śląska i obrony dziedzictwa przekazanego mu przez ojca oraz brata. Jednak, co najważniejsze, nie wierzył bezgranicznie we własne siły i nie dał się zwieść pysze. Swoją walkę rozpoczął od okazania pokory i małości wobec Boga Człowieka oraz Jego Matki. 1 kwietnia 1656 r. we lwowskiej katedrze, słowami spisanymi przez św. Andrzeja Bobolę, oddał on cały kraj pod opiekę Najświętszej Maryi Panny, przyznając Jej tytuł "Królowej Korony Polskiej".

Wstawiennictwo okazało się skuteczne. Cztery lata później Szwedzi zostali wyparci z Rzeczypospolitej i zmuszeni do zawarcia pokoju. W 1661 r. papież Aleksander VII nadał zaś polskiemu władcy miano "króla prawowiernego".

Nadzieja w beznadziei

W późniejszym czasie los poskąpił nam tak wybitnych monarchów. Michał Korybut Wiśniowiecki zbyt szybko odszedł do Pana, by przysłużyć się Ojczyźnie, a także zdobycie korony przez Jana III Sobieskiego nie poprawiło jej sytuacji. Mimo iż Lwa Lechistanu cechowała niewątpliwa pobożność i zdolności militarne, to w kluczowym momencie zabrakło mu zdecydowanej postawy na polu dyplomacji i polityki wewnętrznej. I chociaż jego słynne: Venimus, vidimus, Deus vicit - na długie lata rozbrzmiało w Europie, sławiąc odwagę naszych rodaków, to w wiek XVIII Korona i Litwa wchodziły osłabione.

Któż mógł przewidzieć (może oprócz sługi Bożego ks. Piotra Skargi i króla Jana Kazimierza), co przyniesie kolejne stulecie? Już pierwsze posunięcia polityki Augusta II nosiły znamiona groteski, a zniechęceni tym Polacy nie zaufali już nigdy jemu i jego synowi.

"Nie" królestwu katolickiemu

W kontekście rządów królów z dynastii saskiej dużo się mówi o prywacie szlachty i niewydolności ustroju państwowego, jednocześnie milczeniem zbywając kryzys moralny, w jaki popadły wówczas polskie elity. Wszyscy ówcześni władcy - rządzący teoretycznie "z Bożej łaski" - należeli do masonerii, jednego z największych wrogów Kościoła. Istnienie silnego państwa stricte katolickiego w tej części Europy niezwykle przeszkadzało ich "współbraciom". Wierność wobec tajnego ugrupowania okazywała się silniejsza niż prezentowana publicznie miłość do Ojczyzny, której słabość służyła wszystkim siłom rewolucyjnym, a była tragedią dla europejskiej christianitas. [...]

Cały artykuł przeczytasz w papierowym wydaniu RYCERZ MŁODYCH - 3(65)2018 - Bezrefleksyjne stulecie 1918-2018, s. 8